Tapeta czy farba?

Staję przed koniecznością remontu mieszkania i tak zastanawiam się nad wieloma różnymi kwestiami, którymi muszę się w związku z tym zająć. Już trochę lat minęło odkąd ostatnio brałam się za taki remont i dlatego chciałabym w końcu zrobić porządek w mieszkaniu. Na szczęście udało się już odłożyć trochę gotówki, dzięki czemu mogę poważnie zająć się wykonaniem takich prac i zdecydowałam się usunąć wszystko z obu pokoi, by zrobić to raz a dobrze.

Mój blok to niestety ten ciemny PRL, gdy budowało się byle szybko i niestety efekty widzę do dnia dzisiejszego. Ściany niestety kruche, nierówne, jakieś chropowate. Między innymi dlatego zawsze były na nich tapety, które nieco maskowały te niedoskonałości. Jeśli już robiłam remont to wymieniałam tapety na tapety, meble zostawały nie było sensu bawić się w malowanie. Co najgorsze zawsze było to konieczność położenia gładzi, jeśli chciałby malować ściany. Jako, że meble zostawały to niestety pojawiał się taki problem, że nie mogłam położyć gładzi, ponieważ to by zanieczyściło całe mieszkanie i wszystkie zakątki mebli.

Tym razem zdecydowałem się jednak na to, by zrobić porządny remont i między innymi dlatego podjęłam decyzję o tym, by wyrzucić wszystkie meble i wszystko zacząć od nowa.

Uwaga: reklama strony internetowej znajomej projektantki wnętrz która pomagała mi wszystko koncepcyjnie rozpracować i ułożyć projekt oraz którą bardzo polecam (-;

Już wiem, że będę układać nowy parkiet z deski, ale nie wiem czy na ścianach pojawić się powinna kolejna tapeta, czy też zdecydować się na zerwanie tapety i kładzenie pięknej, gładzi, dzięki której będę w końcu mogła pomalować sobie ściany. Z tego co słyszę od znajomych to opinie są podzielone i różnie się to wszystko sprawdza. Ostatecznie często mi mówią, że lepiej postawić na gładź, ponieważ potem szybko można przemalować i zmienić kolor a tapety to już większe koszty. Z drugiej strony w sklepach tyle ładnych tapet, że naprawdę jest z czego wybierać i pokój będzie się dzięki nim ładnie prezentował, szczególnie jeśli do tego uda się dopasować różne dodatki. Tak więc możliwości jest wiele i sam nie wiem, na które z nich się zdecydować. Jednocześnie nie chciałbym po jakimś czasie żałować, że zrobiłm tak a nie inaczej.

Dlatego właśnie proszę o rady, może macie jakieś swoje przemyślenia, albo też nie tak dawno robiliście jakiś remont. Chętnie posłucham Waszych podpowiedzi, może dzięki Wam łatwiej będzie mi zrobić remont;)

PS. Tak, wiem że miałem pomocniczkę ale ostatecznie mamy dwie wizualizacje (kiedy tylko dostanę mailem, prześlę na bloga) i.. pojęcia nie mam na którą się zdecydować.

Duże miasto czy spokojna wioska? Gdzie będzie lepiej?

Tak się trochę zastanawiałem nad tym czy rzeczywiście obecnie trzeba żyć w dużym mieście i to właśnie tam znajduje się miejsce dla każdego. Wieś powoli w naszym kraju zamiera, o czym pewnie decydują różne względu najczęściej ekonomiczne. W wolnych chwilach mam jednak takie refleksje związane z różnymi tematykami i tym razem wzięło mnie właśnie na kwestie związane z miejscem zamieszkania. Wszyscy walą do dużych miast za dużymi pieniędzmi, za znajomościami, za karierą, ale czy tutaj rzeczywiście znajduje się szczęście?

Pewnie nie ma jednoznaczniej odpowiedzi i tak trzeba sobie mówić. Ale są pewne mechanizmy, które nami kierują i o nas decydują. Każdy człowieka ma inne potrzeby i inne wymagania, dlatego bardzo możliwe, że właśnie te kwestie stają się najważniejsze. Ważna sprawa to między innymi to czy czujemy się dobrze w dużym mieście. Dla mnie niestety po paru latach mieszkania w stolicy wydaje się, że duże miasto nie jest dla mnie. Wcześniej również mieszkałam w mieście, ale takim 10 razy mniejszym dlatego w stosunku do Warszawy to jak wioska. W Warszawie przede wszystkim życie toczy się dużo szybciej i to wydaje się być szczególnym problemem jak dla mnie. Poza tym te męczące dojazdy, wszędzie trzeba jechać i to nawet godzinę to u mnie można dojechać do innej miejscowości. Trochę tutaj mieszkam, ale już czuje, że trzeba spróbować czegoś innego spokojniejszego.

Pozwolę sobie przytoczyć przypadek dziewczyny która opisuje swoje przygody po przeprowadzce do Poznania czyli całkiem sporej aglomeracji – na początku jest ciężko ale z czasem daje radę. Ciekawy blog, polecam.

No i właśnie z tego powodu wzięły mnie takie rozważania. Wydaje mi się, że obecnie naprawdę warto zastanowić się nieco nad mieszkaniem na wsi. Oczywiście perspektyw zawodowych tam brakuje i to jest największym problemem. W związku z tym najlepiej zdecydować się na to, by korzystać z tego co daje duże miasto w ciągu godzin pracy, ale z tego daje nam wieś w momencie, gdy mamy czas odpoczynku. Wtedy uda się połączyć zalety zarówno dużego miasta jak i wsi, gdzie także warto spędzać czas.

Ostatecznie pewnie każdy ma swoje spostrzeżenia i na ich podstawie decyduje gdzie będzie mu lepiej. Wydaje się, że każdy czuje się gdzie indziej dobrze, ponieważ każdy z nas jest inny, ma inne potrzeby i inny charakter. I to właśnie powinno o wszystkim decydować. Trzeba mieszkać tam, gdzie czujemy się dobrze, tam gdzie będziemy mogli rozwijać siebie i swoje pasje. A czy będzie to miasto czy wieś to już każdy sam wybiera. Ja osobiście wybieram wieś i będę dążyć do tego, by właśnie tam się zjawić na stałe już niedługo. I najlepiej niech będzie to rzeczywista wieś a nie małe miasto, w którym żyłam wcześniej, tam było lepiej niż w Warszawie, ale jakoś idealnie się nie czułam.

Wakacje w Polsce, za granicą a może coś innego?

Zbliża się czas wakacji, dlatego trzeba się zastanowić nad tym gdzie się wybrać i spędzić ten czas. Jak dla mnie możliwości jest masa. Sam preferuje podróże po Polsce, warto wspierać nasze turystyczne miejscowości. Ostatnio opisywałem Wam Ustkę (odnośnik do nieoficjalnej strony która przebija tę miejską) która jest niesamowicie atrakcyjna, szczególnie dla rodzin z dziećmi. Ale nie ma co ukrywać, że także za granicą jest bardzo dobrze i można się dobrze czuć. Wydaje się jednak, że najważniejszą kwestią będzie realizacja własnych potrzeb.

Czasami może na wakacje warto wybrać coś innego niż tylko wypoczynek. Obecnie mamy możliwości bardzo wiele ponieważ realizowane są różne projekty, które pozwalają spędzić czas nieco inaczej. Ale taki wyjątkowy projekt realizowany jest już w niektórych miastach od dziesiątek czy setek lat. Chodzi o piesze pielgrzymki na Jasną Górę. Wiele osób, również młodych właśnie w ten  sposób spędza swój czas wolny w ciągu wakacji. Dlaczego? Przecież wakacje to czas odpoczynku, czas relaksu. Dlaczego więc „zasuwać” na nogach 200,300, 400 a nawet 600 km?

Nie ma jednoznaczniej odpowiedzi. Każdy ma  w sercu swoją odpowiedź i to co skierowało go właśnie na takie wakacje. Ja spróbowałem kilka lat temu i rzeczywiście mogę powiedzieć, że mimo ogromnego zmęczenia fizycznego, z pielgrzymki wracam wypoczęty, zrelaksowany jak po wakacjach. Przede wszystkim taki psychiczny kop do góry, który daje dużo radości. Nie traktujmy pielgrzymki jak klepania modlitw. To przede wszystkim rekolekcje w drodze, ale rekolekcje, które przebiegają w radosnej atmosferze. Na pielgrzymce udało mi się poznać wiele ciekawych osób. To oczywiście wartość, której nikt mi nie zabierze. Zachęcam więc innych, by w trakcie wakacji zdecydowali się iść właśnie w tym kierunku. Według mnie rzeczywiście warto.

Pielgrzymki wędrują z całej Polski, dlatego i Wy możecie znaleźć jakieś miejsce, z którego ruszycie na Jasną Górę. I mogę Wam powiedzieć, że jeśli już się zdecydujecie to będziecie tam chcieli wracać każdego roku. Atmosfera pielgrzymki jest rzeczywiście wyjątkowa i to ona będzie decydować o tym, że zaczniecie odliczać dni do kolejnej wędrówki. Jak dla mnie nie ma już wakacji bez pielgrzymki i każdego roku przede wszystkim czekam na tą wędrówkę. Jeśli dodatkowo starcza czasu wolnego wybieram się jeszcze na jakiś tradycyjny wyjazd, ale teraz to już właśnie on stał się uzupełnieniem pielgrzymek, a nie pielgrzymka sporadycznym dodatkiem do wyjazdu wakacyjnego.

Pierwsze wrażenie – kiedy jest szczególnie ważne?

Pewnie w życiu każdego z nas były takie sytuacje, w których trzeba było zrobić dobre wrażenie. Wiele osób zastanawia się jak takie dobre wrażenie można budować i co trzeba robić, by dobrze wypaść na pierwszym spotkaniu. Jak dla mnie przede wszystkim trzeba wiedzieć, kiedy to pierwsze wrażenie jest szczególnie ważne, by w ogóle można było je zrobić.

Sam mam takie sytuacje, w których czuje, że to pierwsze wrażenie będzie najważniejsze. Dlatego próbowałem sobie wyklarować w głowie właśnie takie sytuacje, w których wydawało mi się, że to pierwsze wrażenie będzie najważniejsze. Sam wiem, że często trudno to pierwsze wrażenie rzeczywiście zrobić i dlatego postaram się pokrótce powiedzieć jakie sytuacje według mnie będą najważniejsze.

Kluczowa sprawa to oczywiście spotkanie z osobą, na której nam zależy, która ma szanse stać się naszą druga połówką. W takiej sytuacji oczywiście to pierwsze wrażenie na randce może być decydujące, dlatego należy się do tego bardzo dobrze przygotować. Dotyczy to zarówno samego stroju jak i też naszego zachowania, którym będziemy emanować w trakcie takiego spotkania. W pierwszym wrażeniu kluczowe mogą być gesty, ruchy, mimika. Wszystko decyduje o tym jak zostaniemy odebrani, dlatego musimy o tym szczególnie pamiętać.

Pierwsze wrażenie jest oczywiście kluczowe również w sprawie spotkań o pracę. Wydaje się, że będzie to szczególnie ważne, ponieważ spotykamy się z osobą, od której może zależeć nasze dalsze życie. Tutaj to wrażenie często decyduje, ponieważ pracodawca spotyka się z wieloma kandydatami, którzy mogą mieć podobne kwalifikacje, a co za tym idzie decydującym elementem może stać się właśnie kwestia związana z tym jakie wrażenie uda nam się zrobić na takiej osobie. W wielu przypadkach właśnie pierwszy kontakt jest udany i to decyduje o tym, że udało się dostać pracę.

Jeśli wiec zależy nam na pewnych wydarzeniach czy osobach warto w tym właśnie momencie zadbać o to, by to pierwsze wrażenie było jak najlepsze.

Moc podświadomości

Nie należę do osób, które są zachwycone mistycyzmem i przywiązują do niego jakąś szczególną wagę. Nigdy nie mam do tego jakiejś szczególnej cierpliwości i zawsze wydaje mi się, że mówimy o szukaniu łatwiejszej drogi.

Wolę gloryfikowanie własnej sprawczości nawet, jeśli nie zawsze pozwala na osiąganie stawianych celów. Jeśli jednak chodzi o podświadomość, nie jestem już tak radykalny. Gdy się zresztą nad tym zastanawiam poważnie, dochodzę do wniosku, że taka postawa wcale nie jest aż tak pozbawiona sensu.

Wiem, że istnieje przynajmniej kilkanaście definicji podświadomości i nie będę Wam wmawiać, że znam je wszystkie. Z kilkoma się jednak zapoznałem jeszcze jako licealista zafascynowany sposobami interpretowania snów i mi najbardziej podoba się definicja zaproponowana przez Freuda.

Dla ścisłości, Freud wcale nie pisał o podświadomości, choć tłumacze często nie pamiętali o subtelnych niuansach. Dziś przyjmuje się, że zaproponowany przez niego termin powinniśmy tłumaczyć raczej jako przedświadomosć. Porzucając jednak akademickie dysputy można jednak powiedzieć, że dla Freuda był to stan graniczny ludzkiej psychiki znajdujący się gdzieś pomiędzy świadomością i nieświadomością.  Treści znajdujące się w naszej podświadomości są więc treściami stłumionymi, Freud uważał jednak, że można je dość łatwo zaktywizować, a więc przywrócić świadomości.

A o co chodzi z tą mocą podświadomości, o której powstają filmy i książki i o której mówi się, że jej zrozumienie jest kluczem do manipulowania umysłami? Nie wydaje mi się, żebym była w stanie wykorzystać jakąkolwiek technikę manipulacji, ale sama moc podświadomości nie jest chyba aż tak tajemnicza i mistyczna. Mi samej kojarzy się z zasadą samospełniającej się przepowiedni i z tym, że można ją wykorzystać na wiele sposobów.

Samospełniająca się przepowiednia wcale nie działa w sposób jakość szczególnie skomplikowany. Każdy z nas chyba choć raz zauważył przecież, że w jakimś stopniu „ściągamy” wydarzenia, o których intensywnie myślimy. Jeśli zakładam, mniej lub bardziej świadomie, że potknę się w tych niewygodnych nowych butach na wysokim obcasie, wcześniej lub później tak się właśnie stanie nawet, jeśli chodzenie na obcasach nie wydaje mi się szczególnie skomplikowane.

Oczywiście, na ogół nie koncentrujemy się na obmyślaniu przyszłych wydarzeń i zastanawianiu się nad tym, jak bardzo prawdopodobny jest ponury scenariusz. Nie oznacza to jednak, że mówimy o technice, której nie da się wykorzystać. Najczęściej działamy przeciwko sobie, specjaliści uważają jednak, że zjawisko odwrotne nie jest wcale mniej prawdopodobne. Spróbujcie zresztą sami. Wystarczy wstać rano z myślą, że dziś wszystko nam się uda i dopasowywać wydarzenia do tej przewodniej myśli. Ale dziś jest dobry dzień. Co prawda pada, ale mam parasol! Nie mam parasola? Nie szkodzi, kaptur w mojej kurtce w końcu się na coś przyda. I te brzydkie jesienne buty, nawet jak przemokną nic się nie stanie, będę miała pretekst, żeby kupić nowe.

W czasach, w których miałem jedenaście albo dwanaście lat czytałam książkę Eleonor H. Porter „Pollyanna”. Książka, jak książka – klasyka powieści dla nastolatków, ale właśnie jej bohaterce doskonale wychodziło wykorzystywanie mocy podświadomości, choć żyjąca na przełomie dziewiętnastego i dwudziestego wieku pani Eleonor pewnie nie przypuszczała nawet, że wyposaży swoją bohaterkę w umiejętność, która sto lat później będzie tak cenna, że ludzie zaczną zapisywać się na kosztowne kursy, aby ją zdobyć.

We wszystkim trzeba mieć umiar

Gdy szef nie patrzy i nie dzwonią telefony, lubimy sobie w pracy poleniuchować. Ostatnio tematem naszych rozmów są gry liczbowe. Zastanawiamy się nad tym, czy warto grać, czy lepiej jest mieć swój system, czy ufać losowi, a naszym ulubionym tematem rozmów jest ten, który dotyczy zmian, jakie zajdą w naszym życiu, gdy szczęście się w końcu do nas uśmiechnie i maszyna losująca poda dokładnie takie liczby, jakie pojawiły się wcześniej na naszym kuponie.

I właśnie podczas jednej z takich rozmów nieoczekiwanie zaskoczył nas szef i zanim zaczął pochrząkiwać znacząco, co oznacza, że czas już wrócić do pracy oznajmił, że on nie zrezygnowałby ze swoich obowiązków nawet, gdyby wygrał jakieś szalone pieniądze. Zaśmialiśmy się wszyscy, choć niektórzy trochę przez łzy, nielekkie jest bowiem nasz los, skoro nawet nieoczekiwana wygrana nie sprawi, że szef o nas zapomni. W końcu zabraliśmy się też za swoje obowiązki, bo może i praca nie zająć, ale czasem trzeba jednak pchnąć kilka spraw do przodu.

Ale deklaracja szefa ma sens nawet, jeśli kilkoro z nas pozbawiła złudzeń, bo przecież we wszystkim trzeba mieć umiar. Zasada ta przywoływana jest często wtedy, gdy zachwycamy się czymś przyjemnym, wydaje mi się jednak, że sprawdza się w każdej sferze naszego życia. Kiedyś chyba Wam wspominałem o tym jak – jeszcze w liceum – obcy człowiek zafundował całej naszej klasie rejs wycieczkowy (ostatnio nawet udało mi się znaleźć tamtą lub podobną stronę – rejsy po bałtyku – cenowo dla 20-kilku osób to koszt ponad 1000PLN). Dlaczego? Bo wygrał w totolotka jakieś zawrotne pieniądze. Zastanawiające jest jak ktoś kto dotąd zarabiał zapewne średnią krajową może pozwolić sobie na taką rozrzutność?!

Brak umiaru szkodzi nie tylko naszemu otoczeniu, ale i nam samym i wcale nie mam na myśli wyłącznie problemu uzależnień, choć ten przychodzi do głowy jako pierwszy. Brak umiaru w pracy nie wydaje się przecież groźny. Przeciwnie, często można odnieść wrażenie, że pracoholik jest nawet potrzebny, wykona bowiem te obowiązki, które innym sprawiają trudność albo wydają się po prostu nudne.

Ale ten sam pracoholik, który jest wybawieniem dla swoich bardziej leniwych kolegów, jest nie mniej destrukcyjny niż narkoman. W pewnym momencie traci kontrolę nad swoim życie, a problem ten dotyczy nie tylko samego życia zawodowego, ale i prywatnego. Gdy zatracają się granice nie ma już pewności, gdzie kończy się jedna sfera, a zaczyna druga.

Co gorsza, żadna nie satysfakcjonuje. Do czego prowadzi zatem brak umiaru? Najczęściej do wysiłków, których celem jest zatracenie się w pracy. Do pewnego momentu organizm stara się jeszcze kontrolować to, co dzieje się z pracoholikiem, w pewnym momencie poddaje się jednak.

Czy jednak można mówić o braku umiaru w odpoczywaniu i czy szef rzeczywiście ma rację przekonując nas, że nawet największa wygrana nie jest warta tak radykalnych zmian? Wypoczynek to dla nas nagroda sama w sobie, coś, na co czekamy z utęsknieniem i z czym wiążemy ogromne nadzieje. Magia wypoczynku w dużej mierze wiąże się właśnie z tym, że nie zdarza się często i że często okupiony jest ogromnym wysiłkiem. Może więc brak umiaru sprawiłby, że wypoczynek przestałby nas cieszyć i stracilibyśmy motywację. Nie na darmo przecież o złoty środek apeluje się już od starożytności.

Gry planszowe przeżywają swoją drugą młodość

Co robić w czasie spotkania towarzyskiego, które odbywa się u kogoś w domu? Dobrze, pytanie jest retoryczne, niemal każdy odpowie bowiem, że jest to znakomita okazja do tego, aby wspólnie napić się alkoholu. Nie mam zamiaru tego kwestionować, ale może warto zrobić coś jeszcze? Znakomitym rozwiązaniem okazują się gry planszowe. Kojarzymy je z czasów naszego najwcześniejszego dzieciństwa, kiedy to z uporem godnym lepszej sprawy wymuszaliśmy na rodzicach i starszym rodzeństwie, aby ktoś wreszcie zlitował się nad nami i zagrał w tego nieszczęsnego „chińczyka” i jeśli ktoś z nas sądził, że z czasem o nich zapomnimy, pomylił się sromotnie.

A przecież nie możemy nie zgodzić się z tym, że gry planszowe nie miały łatwego zadania. Dość szybko zostały wyparte przez gry komputerowe, które pozwoliły nam na podniesienie rozgrywki na nowy, bez porównania wyższy poziom. W grach planszowych zawsze oczekuje się od nas, że uruchomimy własną wyobraźnię, jeśli jednak gramy na komputerze, nie ma takiej potrzeby. Tu wszystko jest podane „na tacy” bez żadnego niedomówienia, a my możemy sobie ponarzekać, że grafika jest niezbyt realistyczna, dialogi są sztuczne, a do tego komputer ma zerową inteligencję.

Dlaczego więc gry planszowe nie tylko nie umarły popadając w zapomnienie, ale przerwały i teraz mogą znowu cieszyć nas w nowych odsłonach? Być może kluczem do ich sukcesu są właśnie wspomniane już  spotkania towarzyskie. Próbowaliście kiedyś grać w ich trakcie na komputerze? Oczywiście, że tak! Ja osobiście, wiele lat temu, zaliczyłam kilka niesamowitych sesji gry HoMM III w trybie, który autorzy nazwali bodaj „gorące pośladki”. Śmiechu była kupa, bo każdy gracz musiał czekać na swoją kolejkę, a graliśmy nie w dwie lub trzy, ale w osiem osób. W pewnym momencie (choć pewnie miało to też związek ze wzmiankowanym wcześniej alkoholem) nie pamiętaliśmy już, jakie zamki budujemy, z kim jesteśmy w sojuszu i jaki jest nasz cel w rozgrywce, a wygrywała osoba, która, z różnych względów, musiała ograniczyć picie.

Gry planszowe mają tę przewagę nad komputerowymi, że łatwiej zaangażować w rozgrywkę większą liczbę graczy, kolejki przebiegają szybciej, a osoby, które czekają na swój moment prawdy, są rzeczywiście zaangażowane w to, jakie posunięcia wykonają ich rywale. Sama rozpiętość gier planszowych zasługuje zresztą na uwagę, wcale nie muszą one bowiem bazować wyłącznie na tym, czy uczestnicy rozgrywki mieli szczęście, czy też nie. W sprzedaży dostępne są zręcznościowe gry planszowe, niesamowite gry fabularne, które potrafią zabrać grającym całą noc, a wszyscy ze zdumieniem zastanawiają się, jak do tego doszło, że sen nie był im potrzebny oraz gry logiczne, w których odrobina szczęścia zawsze się przydaje, nagradzana jest jednak przede wszystkim umiejętność wyciągania wniosków nawet, jeśli wymaga to niestandardowych procedur.

Niektóre gry planszowe są znane od lat, w „chińczyka” lub w szachy z powodzeniem pogramy więc z ojcem, dziadkiem i starszym sąsiadem. Wiele jest jednak również gier relatywnie nowych, wiele zabawy ma się więc już na etapie rozpracowywania ich zasad. Nie ma zresztą znaczenia to, w co gramy. Jeśli towarzystwo składa się z osób, z którymi spotykamy się z przyjemnością, i tak będziemy zadowoleni. Nawet, jeśli przegramy. Zresztą my nie przegrywamy, my pozwalamy innym wygrać.

Zdjęcia na blogu – gdzie najlepiej je znaleźć?

Każdy, kto prowadzi blog w Internecie, wcześniej lub później musi zastanowić się nad tym, czy jego oprawa graficzna jest taka, jak należy. Część osób myśli o niej od samego początku, bo nie lubi brzydkiego tła, pustki i szarości, a spora grupa autorów zaczyna zastanawiać się nad tym zagadnieniem z szacunku do swoich pierwszych czytelników, którzy przecież będą czuli się lepiej skupiając się na tekstach uzupełnionych o miłe dla oka zdjęcia.

I tu pojawia się problem, skoro bowiem zdjęcia mają być miłe dla oka, warto zastanowić się nad tym, skąd je brać. Oczywiście, idealnym rozwiązaniem jest własny aparat fotograficzny, jeśli więc bloger ma odrobinę talentu i sprzęt, który pozwala na dość szybkie wykonywanie zdjęć, jest to metoda nie tylko najszybsza, ale i najbezpieczniejsza. Sama nie radzę sobie najlepiej z fotografią cyfrową, ale i mi czasem zdarza się wstawić gdzieś zdjęcie własnego autorstwa.

Co jednak robić jeśli talentu brak albo wpis dotyczy tematyki, która nie może być łatwo sfotografowana. Teoretycznie sprawa nie jest trudna, wyszukiwarka Google jest bowiem skarbnicą fotografii. Co to za problem, wejść na stronę www i skopiować jej zawartość? No, jednak mówimy o problemie, trudno bowiem zapominać o tym, że każde zdjęcie ma swojego autora.

Ja nie byłbym zachwycony, gdyby ktoś rozprzestrzeniał moją pracę nie tylko nie płacąc mi za to, ale nawet nie pytając, czy odpowiada mi takie rozwiązanie, mogę więc zakładać, że autorzy wspomnianych zdjęć również nie wykażą się zbyt dużym zrozumieniem, gdy zechcę je sobie „pożyczyć”.

Na szczęście, istnieje wiele stron, na których można znaleźć zdjęcia przeznaczone właśnie po to, aby wstawiać je na blogi. Te z największym wyborem fotografii są zazwyczaj płatne, co ma sens, skoro korzystamy z pracy innych osób, istnieje jednak przynajmniej kilka, z których można korzystać bez konieczności ponoszenia dodatkowych kosztów.

Nie brakuje i takich, które są płatne przede wszystkim wtedy, gdy korzystamy ze zdjęć w celach zarobkowych (na przykład prowadząc stronę www), mogą być jednak używane przez blogerów nieodpłatnie. W sieci nie brakuje również przewodników po takich stronach (w tym i pisanych po polsku), znalezienie naprawdę wartościowych informacji nie jest więc aż tak trudne, aby kraść cudzą pracę.

PS. dziś bez szczegółów – w kolejnych wpisach będę się z Wami dzielił tanimi i darmowymi stronami z których można pobrać naprawdę fajne zdjęcia.

Foto z nagłówka: Stock zdjęcia

Herbata jest dobra na wszystko

Podobno każdy z nas ma słabostkę, która właściwie nie znajduje żadnego uzasadnienia, a której trudno się oprzeć. Ja mam taką na pewno i jest nią filiżanka herbaty pita wieczorem. Oczywiście, jeśli w danym momencie nie mam takiej możliwości, nie obrażam się na cały świat i mogę bez problemu funkcjonować bez niej, nie da się jednak ukryć, że zawsze mam potem wrażenie, że czegoś mi zabrakło.

Nie mam swojej ulubionej marki, ale już od jakiegoś czasu lubuję się w zielonej herbacie. Zauważyłem zresztą, że osoby, które uważają, że sposób jej przygotowania i podania ma swoje znaczenie, wcale nie przesadzają. Gdzieś czytałem, że zielona herbata zaparzana relatywnie krótko charakteryzuje się działaniem pobudzającym. Być może jestem już na nie uodporniony, skoro jestem fanem zielonej herbaty już od czasów studenckich, z całą pewnością jednak w takiej postaci smakuje mi ona bardziej.

Od pewnego czasu zaczynam też forsować tezę zgodnie z którą nie bez znaczenia jest i to, który producent odpowiada za wypuszczenie mojej ulubionej herbaty na rynek. Nadal kupuję ją w hipermarketach, gdzie mogę liczyć na największy wybór, nie wykluczam jednak, że w pewnym momencie zacznę ją zamawiać przez Internet, ku rozbawieniu bliższych znajomych.

Oddzielny temat to rodzaje zielonej herbaty i tu bowiem mam swoje przemyślenia. Już jakiś czas temu doszłam do wniosku, że najbardziej pasuje mi herbata klasyczna, ponieważ jednak z natury jestem eksperymentatorką, chętnie sięgam po jej mniej typowe smaki nawet, jeśli intuicja podpowiada mi, że najprawdopodobniej będę tego żałował. Nietypowe smaki herbat to zresztą temat na oddzielny wpis, w którym mogłabym opowiedzieć Wam o mojej szafce z herbatami i o prawdziwych perełkach takich, jak herbata o smaku sernika z kruszonką.

Czas jednak na sedno sprawy, czyli na odpowiedź na pytanie o to, dlaczego właściwie tak trudno jest mi wyobrazić sobie wieczór bez filiżanki herbaty.

Kluczem może być przyzwyczajenie, jak bowiem już wspomniałam, zwyczaj ten praktykuję od lat. Jeszcze ważniejsza wydaje mi się jednak stwarzana w ten sposób szansa na oderwanie się od tego, co normalnie jest moim problemem. Mam taką umowę z samą sobą, że przez dwadzieścia minut w ciągu doby nie muszę myśleć o tym, co mnie martwi.

W zamian mogę zastanowić się nad swoimi planami, wyzwaniami, jakie na mnie czekają, zadaniami, które powinnam wykonać, a które nie muszą mieć nic wspólnego z moim życiem zawodowym. Wszystkim polecam zresztą wprowadzenie takiego zwyczaju. Nie trzeba w tym celu nawet wypijać herbaty, choć jej smak jest dodatkowym plusem podobnej praktyki.

Zanim kupisz samochód, czyli dlaczego nie warto się bać jazdy próbnej

Właśnie znajduje się w tym momencie mojego życia, w którym nie mam już wątpliwości, że muszę pożegnać się z tramwajami i zainteresować się własnym środkiem komunikacji. Jestem więc na bieżąco z setkami porad dla przyszłych właścicieli aut, a do tego mogę pochwalić się garścią własnych przemyśleń. I choć wiele wskazuje na to, że poszukiwania potrwają jeszcze jakiś czas, jestem już znacznie mądrzejszy niż miało to miejsce wcześniej.

Na chwilę obecną wydaje mi się, że najlepszym sposobem na upewnienie się, że samochód spełni moje oczekiwania nie jest wcale analizowanie wpisów pojawiających się na forach internetowych oraz czytanie prasy motoryzacyjnej.

Nie chcę powiedzieć przez to, że wskazówki innych użytkowników nie powinny mieć dla mnie znaczenia, bo przecież mówię o osobach, które mają na co dzień kontakt z wymarzonym przez mnie wozem. Wydaje mi się jednak, że każda opinia opiera się na indywidualnych odczuciach i preferencjach. Każdy ocenia samochód na podstawie własnych doświadczeń i oczekiwań i nie jest wcale powiedziane, że to, co jest ważne dla użytkownika forum motoryzacyjnego, jest też ważne dla mnie.

A skoro odkryłam swoją indywidualność i doceniłam jej znaczenie, z pewnością nie będziecie zaskoczeni, jeśli napiszę, że niemal w tym samym momencie zakochałem się w jazdach próbnych i możliwościach, jakie stwarzają. Tutaj polecam stronę Jazdy Próbne czyli zbiór wszystkich dostępnych ofert w jednym miejscu. Oczywiście, jazda próbna odbywa się w warunkach przynajmniej częściowo kontrolowanych i nie może trwać zbyt długo, już w czasie jej trwania można jednak przekonać się o tym, czy auto dobrze się prowadzi, jest zwrotne, radzi sobie, gdy sytuacja na drodze zaczyna się komplikować, a także, czy jest wygodne.

Naturalnie, wszystko może się zdarzyć i wcale nie utrzymuję, że jazda próbna odkryje przede mną wszystkie wady i zalety samochodu. Wydaje mi się jednak, że nie tylko nie powinno się z niej rezygnować, ale także warto wykorzystać ją jak najlepiej.