Herbata jest dobra na wszystko

Podobno każdy z nas ma słabostkę, która właściwie nie znajduje żadnego uzasadnienia, a której trudno się oprzeć. Ja mam taką na pewno i jest nią filiżanka herbaty pita wieczorem. Oczywiście, jeśli w danym momencie nie mam takiej możliwości, nie obrażam się na cały świat i mogę bez problemu funkcjonować bez niej, nie da się jednak ukryć, że zawsze mam potem wrażenie, że czegoś mi zabrakło.

Nie mam swojej ulubionej marki, ale już od jakiegoś czasu lubuję się w zielonej herbacie. Zauważyłem zresztą, że osoby, które uważają, że sposób jej przygotowania i podania ma swoje znaczenie, wcale nie przesadzają. Gdzieś czytałem, że zielona herbata zaparzana relatywnie krótko charakteryzuje się działaniem pobudzającym. Być może jestem już na nie uodporniony, skoro jestem fanem zielonej herbaty już od czasów studenckich, z całą pewnością jednak w takiej postaci smakuje mi ona bardziej.

Od pewnego czasu zaczynam też forsować tezę zgodnie z którą nie bez znaczenia jest i to, który producent odpowiada za wypuszczenie mojej ulubionej herbaty na rynek. Nadal kupuję ją w hipermarketach, gdzie mogę liczyć na największy wybór, nie wykluczam jednak, że w pewnym momencie zacznę ją zamawiać przez Internet, ku rozbawieniu bliższych znajomych.

Oddzielny temat to rodzaje zielonej herbaty i tu bowiem mam swoje przemyślenia. Już jakiś czas temu doszłam do wniosku, że najbardziej pasuje mi herbata klasyczna, ponieważ jednak z natury jestem eksperymentatorką, chętnie sięgam po jej mniej typowe smaki nawet, jeśli intuicja podpowiada mi, że najprawdopodobniej będę tego żałował. Nietypowe smaki herbat to zresztą temat na oddzielny wpis, w którym mogłabym opowiedzieć Wam o mojej szafce z herbatami i o prawdziwych perełkach takich, jak herbata o smaku sernika z kruszonką.

Czas jednak na sedno sprawy, czyli na odpowiedź na pytanie o to, dlaczego właściwie tak trudno jest mi wyobrazić sobie wieczór bez filiżanki herbaty.

Kluczem może być przyzwyczajenie, jak bowiem już wspomniałam, zwyczaj ten praktykuję od lat. Jeszcze ważniejsza wydaje mi się jednak stwarzana w ten sposób szansa na oderwanie się od tego, co normalnie jest moim problemem. Mam taką umowę z samą sobą, że przez dwadzieścia minut w ciągu doby nie muszę myśleć o tym, co mnie martwi.

W zamian mogę zastanowić się nad swoimi planami, wyzwaniami, jakie na mnie czekają, zadaniami, które powinnam wykonać, a które nie muszą mieć nic wspólnego z moim życiem zawodowym. Wszystkim polecam zresztą wprowadzenie takiego zwyczaju. Nie trzeba w tym celu nawet wypijać herbaty, choć jej smak jest dodatkowym plusem podobnej praktyki.